Nie szukam z własnej woli złych książek i ta na pewno nie jest najgorszą jaka kiedykolwiek powstała, ale jest bez wątpienia najgorszą jaką przeczytałem.
Pretensjonalna, wyegzaltowana, bez samoświadomości. Powinna być co najmniej o połowę krótsza, a żadnej postaci nie da się lubić.
Ledwo ją skończyłem i nieomal spowodowała, że przestałem czytać w ogóle.
“Paw Królowej” Masłowskiej mnie żenował, a ta książka wygląda na drugie, bardziej dojrzałe, przemyślane i lepsze warsztatowo podejście do napisania “powieści hip-hopowej”.
Postaci i fabuła nadal nie są na pierwszym planie, ale tutaj to działa, bo książka jest tego świadoma. Brak też żenującego autotematyzmu, a niektóre rymy i linijki mnie naprawdę zachwyciły. W przejrzystości na pewno pomogła też wersyfikacja, zamiast długich akapitów.
Z mankamentów to kilka przestarzałych potocyzmów (trzynastolatka w 2018 raczej by nie powiedziała “dżaga” czy “żal.pl”), nadal dość sporo rymów częstochowskich i kilka (moim zdaniem nieintencjonalnie) żenujących momentów.
Moim zdaniem najlepsza książka Masłowskiej i jedyna naprawdę dobra.
Jakim cudem taka książka dostała Nike?
Przerost formy nad treścią może by mi aż tak nie przeszkadzał, gdyby forma nie była żenująca. Nie wiem co jest gorsze: płaskie postaci, szczątkowa i nieciekawa fabuła, pretensjonalna, wyegzaltowana proza, czy może wstawki autotematyczne, które mówią: “jak ci się nie podoba moja pisanina, nie rozumiesz jej głębi, to jesteś głupi”.
Cóż, w takim razie jestem, ale wydaje mi się, że naprawdę pisać wierszem można lepiej, a nie zamieniać bez przerwy szyk zdania, żeby czasownik był na końcu i walić częstochowskimi rymami.
Odpadłem po 70 stronach. I wiem, że nie będzie lepiej, bo moim największym problemem jest narracja. Jest FATALNA. Nie wierzę ani przez moment, że taki neonaziol i zwyrol jak protagonista miałby takie myśli i ubrane w takie słowa. Tego się nie da czytać. Do tego co jakiś czas pojawia się zwrot do czytelników książki, mówiący wprost że postać wie że ktoś czyta to co pisze. Jeśli to ma być meta to po prostu nie działa, a jak to postać napisała tę książkę in-universe, to powinna być narracja w czasie przeszłym, nie teraźniejszym.
Tak irytującej do czytania książki Żulczyk nie napisał od Radia Armageddon. I jak tam próbowałem, to tu się poddaję. Bo obrzydliwa, obleśna i szokująca to sobie może być, ale niech się da chociaż czytać.