Nie jest to najgorsza książka, jaką przeczytałam w tym roku – palmę pierwszeństwa w tej kategorii dzierży dumnie self-insertowy fanfik nieudolnie przerobiony na książkę, czyli koszmarek autorstwa Olivii Dade – ani nawet druga czy trzecia najgorsza książka, jaką przeczytałam w tym roku – patrzę na was, „Pumpik Spice Cafe” i „The Ex Hex” – ale po Emily Henry spodziewałam się chociaż poprawnej konstrukcji bohaterów i języka, od którego nie bolą zęby. A tu mnie bolały i nie była to kwestia tłumaczenia.

Uparłam się, że przeczytam jedno z romansideł z potworami/obcymi/mrocznymi przedwiecznymi. Nie było warto.

Czy można wydawać ciągle ten sam fanfik Reylo? Można, wystarczy go lekko przeredagować i pozmieniać szczegóły.

Ta gwiazdka jest w zasadzie tylko i wyłącznie dla redakcji i korekty za ładne przecinki.

Najlepsze w tej książce są polski tytuł i okładka.

Książkowy odpowiednik świątecznego filmu Hallmarka.

Cykl o Wilczej Jagodzie tej samej autorki jest NIEPORÓWNYWALNIE lepszy.

Być może nie jestem targetem tej książki – przytłoczył mnie i zmęczył jej styl żywcem wyjęty z sociali, rozdziały przypominające rozwleczone notki na fejsie albo instagramowych stories. Nie odmawiam Mai poruszania ważnych kwestii, po prostu nam stylistycznie nie po drodze.

Borze szumiący, udało się. Skończyłam Bridgertonów. Czy było warto? Nie. Czy i tak to zrobiłam? Oczywiście.

Idealna lektura na urlop. Otula ciepełkiem i relaksem.

Zajrzałam z ciekawości, doczytałam z obowiązku.
„Elfy Londynu” męczą czytelnika tropami i kliszami znanymi przede wszystkim z fanfików pisanych przez początkujących autorów. Wszyscy są piękni nieziemskim wręcz pięknem (jakżeby inaczej, w końcu to elfy!), bogaci i wpływowi, noszą wymyślne, wieloczłonowe miana (ponownie – w końcu elfy!), a relacje między nimi można porównać do relacji panujących między bohaterami „Mody na sukces”.

Na dodatek Dziok-Kaczyńska nie panuje nad tekstem, chce w nim zawrzeć absolutnie wszystko – jeśli wspomina o jakimś wydarzeniu z przeszłości, bardzo chętnie sięga po natychmiastową retrospekcję, przez co w książce pełno jest chaotycznych, urywanych scen, które nie składają się na spójną, dobrze poprowadzoną narrację.

Męczyła mnie ta książka, ale nie tyle trudną tematyką, co próbami szokowania czytelnika językiem i rozbuchanym, sztucznym wręcz naturalizmem.

To jak na razie najlepsza książka, jaką przeczytałam w tym roku. Wspaniała, niebanalna opowieść o losach emigrantów w USA. Naprawdę gorąco polecam.